O autorze
Kategorie: Wszystkie | Rodzinne
RSS
niedziela, 06 lutego 2011
Samochody na paliwo jeżdżą lepiej

Przekonałem się o tym dobitnie w ostatni piątek, jadąc na spotkanie do centrum Pruszkowa. Ponieważ w ostatnim czasie (ostatni czas - pojęcie względne) przychodzi mi notorycznie jeździć na rezerwie, śledzenie białej wskazówki na czerwonym polu jest tak automatyczną czynnością podczas jazdy, jak zapinanie pasów bezpieczeństwa czy włączanie świateł drogowych.

Owego dnia (historia prawdziwa krasnoludków – przyp. boro) po odpaleniu silnika jak zwykle czujnie spojrzałem na wskaźnik. Odniosłem wrażenie, że drgnął. Chyba…

Jeśli drgnął, to jak nic znak, że w zbiorniku jest przynajmniej 10 oparów paliwa i można pokonać jakiś odcinek, być może nawet z punktu A do punktu B. Aha, przy okazji podam informację dla nie jeżdżących na oparach, a na paliwie: 1 opar = 0,01 litra.

Jadę…

Po przejechaniu ok. 2 kilometrów silnik zaczął groźnie pomrukiwać – bez „gazowania” samoczynnie wchodził na wysokie obroty, by chwilę później zacząć się dławić, czyli pokasływać.

Myślę – o żesz kłódka! Nie jest dobrze. Już dwukrotnie zdarzyła mi się sytuacja, gdy zabrakło paliwa podczas jazdy i w obu przypadkach groziły poważne konsekwencje. Zjechałem na pobocze, stanąłem w bezpiecznym miejscu, włączyłem migacze i zaczynam się wsłuchiwać w to, co mój Opel chce mi powiedzieć. I tu mały wtręt - skromnie dodam (wcale się nie chwaląc), że mam podobne zdolności jak dr Dolittle – oprócz rozumienia większości odgłosów wydawanych przez mojego Opla potrafię odczytać potrzeby moich dzieci (po samym spojrzeniu, nie domówionym zdaniu lub między wierszami), jak też potrzeby mojego psa Atosa (zanim sobie Lessie poszedł „wrócić”). Tylko mojej małżonki nie potrafię zrozumieć, i to już od 14 lat. Nie rozumiem o co jej chodzi nawet wtedy, gdy mówi do mnie non stop przez pół godziny. Ba! Zauważyłem nawet pewną zależność – im dłużej do mnie mówi, tym mniej ją rozumiem. Przyjaciele poradzili, żebym zbytnio się tym nie przejmował. Jest to typowy objaw, występujący powszechnie…

Ale wróćmy do Opla, który owego dnia miał mi coś ważnego do powiedzenia. Tym razem przemówił jakoś inaczej, niż zwykle. Nie jęknął przed zgaśnięciem (co z reguły oznaczało DAJ MI PIĆ), tylko wchodząc na wysokie obroty zawarczał, a dopiero później popyrkał, z cichym jęknięciem (zawodu?) na koniec.

O żesz kłódka! – myślę, poważna sprawa. Z pewnością jesteś spragniony, ale jeszcze coś innego ci dolega. Odczekałem chwilę i odpaliłem ponownie. Zaczął pomrukiwać, znowu zawarczał (widać cierpi, bidula). Jakoś wespół-zespół pojechaliśmy. Może po 1,5 km znowu daje mi sygnały – „dalej nie pociągnę, szefie”. Resztką sił zjechaliśmy na pobliski parking.

Ponieważ do ważnego spotkania pozostał już kwadrans, musiałem tak zostawić mojego towarzysza niedoli. Na odchodnym rzuciłem mu zdawkowe „trzymaj się” i pobiegłem na spotkanie.

Jak trwoga, to do Boga…

Tę maksymę stosuję za każdym razem (a zdarzało się już, zdarzało), gdy mam poważne problemy z autem. Wtedy po wypowiedzeniu w myślach tego swoistego zaklęcia, dzwonię do mojego „guru motoryzacyjnego”, PANA MIETKA. Już nie raz wyciągnął mnie z motoryzacyjnych opresji – jeśli nie bezpośrednio (na holu), to zawsze bardzo celną poradą albo słowem nadziei lub pocieszenia. Przed Panem Mietkiem żadne z aut nie ma tajemnic.

Jak trwoga, to do Boga – dzwonię do Pana Mietka.

Pan Mietek, to Pan Mietek – wokół może się cały świat walić, a i tak w słuchawce zawsze usłyszę spokojne, opanowane i serdeczne: „Co słychać panie Arturze”? Już po sekundzie mój poziom zdenerwowania i stresu obniża się o jakieś 90%. Kobiety to nazywają (bodajże) POCZUCIEM BEZPIECZEŃSTWA.

Po „co słychać” z reguły wypowiadam moje zaklęcie „Jak trwoga to do Boga, Panie Mieczysławie” i już Pan Mietek dokładnie wie, co będzie tematem naszej rozmowy. Starałem się jak najdokładniej opisać wszystkie zaobserwowane objawy, które wystąpiły przed zgaśnięciem silnika.

W odpowiedzi Pan Mietek, z właściwym sobie spokojem, odpowiada: przyczyn takiego stanu rzeczy może być bardzo wiele, lecz najbardziej prawdopodobną przyczyną zgaśnięcia jest awaria silniczka kroczącego znajdującego się przy przewodzie paliwowym.

Silniczek kroczący? Boże, dla mnie jest to wręcz kosmos. Przy przewodzie paliwowym? Którym? Gdzie? Jak się domyślam - pewnie gdzieś na odcinku między… zbiornikiem paliwa, a silnikiem.

 

I porada dnia Pana Mietka: jeśli JEST PALIWO, jest olej – samochodowi nic stać się nie może, nic się nie uszkodzi. Odczekać, dać autu ochłonąć, odpalić, trzymać się prawego pasa drogi, z palcem wskazującym przy przycisku świateł awaryjnych (jakby co). Dojechać do mechanika, postawić auto i wymienić silniczek kroczący. Sprawa prosta, drobna i mało kosztowna, ale konieczna.

- A tak w ogóle to gdzie pan stoi? Jak trzeba podholować, to zaraz przyjeżdżam.

CAŁY PAN MIECZYSŁAW – zwarty i gotowy śpieszyć z pomocą, bez względu na porę i okoliczności, przyjechać z drugiego końca Warszawy, by ratować borodzieja z opresji.

Wzruszyłem się…

O żesz kłódka! Zacząłem się zastanawiać – czy ja też jestem gotowy być… gotów? Czy byłem w przeszłości, czy jestem teraz, czy będę, gdy nadejdzie “chwila prawdy”?

Podziękowałem za propozycję pomocy – przecież nie będę ściągał Pana Mietka z drugiego końca Warszawy z powodu silniczka kroczącego. Muszę poradzić sobie sam, na miejscu, tu w Pruszkowie.

Po spotkaniu jeden z miejscowych kolegów – Ździchu, zaoferował mi swą pomoc. Pojechaliśmy jego autem na parking; Opel stał tam, gdzie go porzuciłem. Pierwszy pomysł – holowanie pod dom, ale to byłoby pójście na łatwiznę. Przecież bez walki się nie poddamy!

Maska wędruje w górę, rozpoczynamy poszukiwania filtru paliwa, przewodów paliwowych i silniczka kroczącego.

O żesz kłódka! No gdzież to poukrywali ci General-Motorsi!

- A to co za zbiornik? – pyta Ździch.

- Z płynem wspomagania – odpowiadam.

- A, to u mnie takiego nie ma, moje wspomaganie wygląda tak (i pokazuje mi jak kręci kierownicą w lewo i w prawo).

Badamy dalej – teraz maska jego auta wędruje w górę i rozpoczynamy porównywanie zawartości tego, co pod maskami

.- Zobacz, u mnie filtr paliwa jest w tym miejscu, wygląda tak i sam go wymieniam – mówi Ździch.

- Poznaję – odpowiadam. - Taki sam miałem wcześniej w renówce i wymieniałem go ze dwa razy w roku.

Czas ucieka, zaczyna robić się ciemno – trzeba działać. Postanowiłem „zachechłać” – ostrożnie, bo jak poprzednim razem „zachechłałem” zbyt mocno, to „uchechłałem” Bendix (czy jakiś inny „cóś”) i skończyło się wymianą całego rozrusznika.

Chechłu-chechłu – jakby chciał, a nie może. Biała wskazówka na czerwonym polu ani drgnie.

Hmm, nieruchoma biała wskazówka, to… WSKAZÓWKA!

Biorę plastikowy 5-litrowy kanisterek z bagażnika (zakupiony podczas poprzedniej, podobnej przygody) i jedziemy ze Ździchem do Orlenu. Oczywiście do najbliższej stacji, nie do Płocka.

Miałem dychę, Ździch dorzucił drugą, razem 2 dychy – wystarczyło na 4 litry paliwa i 50 oparów.

Po powrocie napoiłem mojego Opla – pił łapczywie, przez chwilę nawet się zakrztusił.

Przekręcam kluczyk w stacyjce i…. brrrrrrrrummmm. Tak, to to, co tygrysy lubią najbardziej. Znowu zaczynamy się rozumieć.

Ździch zaoferował mi jeszcze eskortę do domu (z ewentualnym holowaniem – jakby co), ale podziękowałem. Auto mi już powiedziało, że wszystko jest OK i spokojnie możemy wracać do domu.

Po powrocie dzwonię do Pana Mieczysława, by podzielić się dobrą nowiną i wrażeniami.

Pan Mieczysław, z uśmiechem i swadą, odpowiada:

- Panie Arturze, z reguły jest tak, że samochody NA PALIWO JEŻDŻĄ LEPIEJ

Święte słowa, Pani Mieczysławie!

Z całego tego zdarzenia wyciągnąłem właściwe wnioski – jadąc dzień później do pracy (był to dzień wypłaty), na 7 OPARACH, bez gotówki na koncie i w portfelu, zatankowałem na stacji za 30 zł. Na krechę… A, że paliwa na stacjach nie tankuje się na krechę, musiałem zostawić fant. Zostawiłem Nokię (i tak ostatnio nie mogłem się z nią DOGADAĆ – chyba dzień wcześniej Orange mi ją odciął). Poleży na stacji, to „skruszeje” – wieczorem będzie rozmowniejsza. W końcu to dzień wypłaty.

Tak, bez pieniędzy nie tylko z kobietami nie idzie się dogadać. Jak widać z tej opowieści prawda ta dotyczy także samochodów i komórek. Cała trójka – Opel, Nokia i… żona przed każdą wypłatą albo pomrukują, albo obrażają się na dobre i w ogóle się nie odzywają (typowe ciche dni).

Chociaż nie do końca, małżonka właśnie wtedy ma najwięcej do powiedzenia (co jest dla mnie zrozumiałe wprost odwrotnie proporcjonalnie).

Ale tak to już jest – w końcu kobiety są z Wenus, a mężczyźni z Marsa.

A samochody na paliwo jeżdżą lepiej!

Pruszków, 14. September 2007

 

21:06, borodziej
Link Komentarze (1) »
piątek, 28 stycznia 2011
Bajka na dzień dziecka

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, żył sobie wielki, straszny smok.

I niech sobie żyje nadal. Ja Wam opowiem pewną historię, która mi się przytrafiła w Dzień Dziecka.

Moja rodzina składa się z czterech osób – taty, mamy, siostry Julki i mnie. Jesteśmy taką całkiem zwyczajną rodzinką. Tato, jak to tato. Czasami do rany przyłóż, innym razem poważny aż do bólu, a czasem to gorzej jak z dzieckiem. Potrafi opowiadać dowcipy, które u nas w klasie chodziły dwa-trzy lata temu. A gdy mu opowiadam te, które są u nas na topie, to pyta: „a co w tym śmiesznego”? Od razu widać, że nie jest z tej epoki.

Mama jak to mama – kochana, przytuli, na kolana weźmie. Innym razem ma o wszystko pretensje i ciągle wypytuje: o której wyszedłem do szkoły, o której wróciłem, czy byłem na obiedzie, czy zjadłem, co było na pierwsze danie, na drugie, czy lekcje odrobione… Ale pytałem moich kolegów i wiem, że mają podobnie. Widać taki standard. Aha, mam jeszcze młodszą siostrę, Julkę, małego łobuziaka. Nie mogę jej powiedzieć żadnej tajemnicy, bo gdy się na mnie obrazi, zawsze pobiegnie do taty i tajemnicę wygada. Poza tym podbiera mi czekoladę, rozładowuje baterię w MP3-ce i wkłada rękę do akwarium (choć tata zabronił). Ale i tak jest fajna, bo gdy jest mi źle (a czasami jest), to zawsze pierwsza podejdzie i powie: Misiek, uśmiechnij się. A czasem nawet przytuli…

Mój tata jest zapracowanym człowiekiem i rzadko bywa w domu. Mama, gdy w domu zaczęło brakować pieniążków na różne, ważne i potrzebne rzeczy, również zaczęła pracować i też coraz rzadziej bywa w domu. Mają dla nas coraz mniej czasu.

Kiedyś mieli go więcej. Dobrze pamiętam lata, gdy tata czytał mi co wieczór bajki do snu, które wręcz uwielbiałem. Ba! Co jak co, ale pamięć to ja mam dobrą. Pamiętam, że kiedy wszystkie bajki, ze wszystkich książek jakie mieliśmy w domu, były już przeczytane, tata sam mi je wymyślał – prosto z głowy! Tak, to były dobre i radosne chwile w moim krótkim życiu. Krótkim, bo przecież mam dopiero 10 lat i choć nie daję po sobie znać (mężczyźnie przecież nie wypada), to nadal jestem dzieckiem i z przyjemnością posłuchałbym bajek. Zwłaszcza tych opowiadanych z głowy, w których najczęściej byłem bohaterem – nie jakimś tam amerykańskim super bohaterem ratującym cały świat przed zagładą, tylko takim zwykłym bohaterem, którym może zostać każdy. Nie wiecie co robi taki bohater? Różne ważne bohaterskie rzeczy…

Potrafi włożyć z powrotem pisklę do gniazda, które wypadło przez nieostrożność (a może dlatego, że się zbyt wierciło – jak Julka w samochodzie), przewrócić żuka na właściwą stronę, czyli nóżkami w dół, gdy tak nieporadnie wierzga nimi w powietrzu, a nawet wyłowić padalca, który mimowolnie zsunął się do zbyt głębokiej kałuży i robił wrażenie, jakby się miał utopić. Tata mi kiedyś opowiadał, że padalec to taka jaszczurka, tylko że bez nóg, a wszyscy przecież wiedzą, że jaszczurki pływać nie potrafią. Choć z tym padalcem to miałem pewne opory, za bardzo węża przypominał. Co innego Julka. O, ta to wszystko weźmie do ręki – padalca, ropuchę, dżdżownice a nawet pająka. ;)

Rozgadałem się o bajkach i superbohaterach, a miałem opowiedzieć o tym, co mi się przydarzyło równo rok temu. W Dzień Dziecka…

Otóż był dzień jak co dzień. Jak wróciłem ze szkoły był już tata, chwilę później doszła mama z Julką, którą odebrała z przedszkola. Tata zajadał w biegu jakąś kanapkę, mrucząc pod nosem „znowu się spóźnię”. Pewnie leciał na pokaz, „sprzedawać tęczę”. Choć obiad jadłem już w szkole, z przyjemnością zasiadałem do stołu, bo były akurat moje ulubione leniwe. Po obiedzie Julka pobiegła do ogródka, jak zwykle wykopywać i przesadzać kwiatki. Ja postanowiłem się przez chwilę zdrzemnąć – byłem bardzo zmęczony, bo dzień wcześniej tata pozwolił mi oglądać Jamesa Bonda no i się nie wyspałem.

- Misiek, wstawaj! Misieeeeeek!
Otwieram oczy i widzę Julkę jak mnie szarpie za ramie.
- Julka, co jest?
- Tata i mama zniknęli!
- Jak to, zniknęli? Tata tęcze sprzedaje, ale mama powinna być w sypialni.
- Ale nie ma!
- A sprawdzałaś dokładnie?
- Sprawdzałam. Nigdzie nie ma!
- Poczekaj, zadzwonimy do nich.

Najpierw do taty – pech, komórka rozładowana. To do mamy. Dzwoni…. ale w drugim pokoju, znowu ją zostawiła na szafie.
- Misiek, co teraz zrobimy? Ja już głodna jestem! I chcę do mamy! Buuuuuuu….
- Julka, nie płacz, coś wymyślimy.

Zajrzałem do lodówki, ale nic ciekawego nie znalazłem.
– Julka, chcesz parówkę?
– Nie.
– To może Danio?
– Nie. Ja chcę do mamy! Buuuuuu….

Muszę ją czymś zaskoczyć, to się uspokoi.
- Zrobię ci kanapek z żółtym serem i ketchupem.
- Może być. Tylko dużo ketchupu.

Pięć minut i już zajadaliśmy serowe kanapki. Ponieważ nadal rodzice nie wracali postanowiłem zaopiekować się siostrą. Zaproponowałem grę w RUBICAP, w którą tak lubiliśmy grać razem z tatą. Choć miałem lepszy układ kamieni, pozwoliłem siostrze wygrać. Żebyście widzieli jej uśmiech na twarzy – warto było ten jeden raz przegrać, odegram się następnym razem.
Ponieważ zapadał zmrok zaproponowałem, abyśmy przebrali się w pidżamy, umyli zęby i położyli się do łóżek. Zdziwiło mnie, że Julka tak chętnie pobiegła myć zęby do łazienki (z reguły robi to po 5-6 prośbie taty, gdy już woda w wannie robi się zimna).
Położyliśmy się do łóżek, życząc sobie dobranoc. Lecz po chwili słyszę chlipanie dochodzące z pokoju Julki.
- Julka, co jest?
- Misiek, mogę przyjść do Ciebie? Sama boję się spać.
- Dobrze, to chodź.Aby ją rozweselić, pokazałem jej różne zwierzaki, które powstają na ścianie gdy się umiejętnie rzuci cień dłoni. Kiedyś mi tata pokazał, jak byłem mały – akurat jak znalazł na taki wieczór, jak dziś. Dzień bez taty i bez mamy.
- Misiek, czemu nie ma mamy ani taty? Już nas nie kochają?
- Ależ kochają, tylko musiało im coś wypaść. Śpij, zaraz pewnie wrócą.
- Na pewno? A może my coś zrobiliśmy nie tak? Ostatnio dużo psociłam… Wiesz, ta skórka chleba, co pływała w akwarium, to moja robota…
- Domyśliłem się. Dobrze, żeś parówki nie wrzuciła. To i ja Ci też powiem tajemnicę – tylko nikomu nie mów! Obiecujesz?
- Obiecuję!
- Ten dzbanek, który stał na stole i się zbił, to nie wiatr, tylko ja, niechcący. Ale nie powiesz nikomu?
- No pewnie, że nie powiem. Ale wrócą? No powiedz, że zaraz wrócą.
- Wrócą, na pewno wrócą.
- A jak wrócą to mnie obudzisz – powiedziała szeroko ziewając.
- No pewnie, że obudzę. A teraz już śpij.
- A jutro jest Dzień Dziecka!
- O, to tym bardziej wrócą, mieliśmy razem iść na spacer, a później na lody.
- Na rożki?
- No pewnie, że na rożki.
- No to już zasypiam, bo się lody roztopią.

Rano, gdy tylko otworzyłem oczy, przy łóżku ujrzałem siedzących tatę i mamę. Oboje się uśmiechają, tylko tak jakoś dziwnie, inaczej niż zwykle.
Szybko łapię siostrę za ramię i wołam: – Julka, wstawaj, dzisiaj Dzień Dziecka!
- O! Mama, gdzie byłaś? Tatek, kiedy idziemy na lody? A tak w ogóle to gdzie byliście jak was nie było?
- Byliśmy cały czas. Tylko, że niewidzialni.
- Serio?
- Serio!
- Ale tak serio-serio?
- Serio-serio.
- Od razu wiedziałam, że to tylko taka zabawa. Tatek, a wiesz czemu ten dzbanek się zbił, no, ten co na stole stał?
- Tak?

Spojrzała się na mnie, z tym swoim szelmowskim uśmiechem.
- Bo go wiatr przewrócił. O!

11:37, borodziej
Link Dodaj komentarz »